Prawa autorskie: Fot. Danil Usmanov Fot. Danil Usmanov
14 czerwca 2026
Ukulany haszysz zbiera się w pudełkach od zapałek. Pełne pudełko to waluta wymienna. Jeden kupił za nią używane auto, inny konia za pięćdziesiąt pudełek. Na rodzinne święta zamiast koperty z gotówką też można wpaść z pudełeczkami.
Sarana i jej mąż Sowiet mieszkają trochę na uboczu. Płot krzywy i furtka skrzypi cierpiąco. Podwórko namoknięte jak brudna gąbka, połamane płyty chodnikowe wyznaczają drogę przez błoto. Niebieski domek ma parę dekad na karku, kolejne warstwy farby maskują upływ czasu. Jest ganek, kuchnia, dwie izby.
Życie codzienne toczy się w letniej kuchni, w ogrodzie. Tu gotuje się, je i ogląda telewizję. Narożna kanapa, na stole pucharki z konfiturą i miska z chlebem, zasłoniętym od much uciętym kawałkiem firanki. Pod sufitem, jak w barze albo na stacji benzynowej, telewizor. Na dole Sarana sprawdza klasówki, na górze śpiewa Dinara Akułowa, królowa kirgiskiego popu. Sarana jest po czterdziestce, Akułowa jest kobietą bez wieku. Śpiewa o miłości, koniecznie tragicznej: nigdy cię nie zapomnę, niech nasza miłość powróci.
– Gdyby wszyscy kochali szczęśliwie, nie byłoby o czym śpiewać – stwierdza nauczycielka.
Sarana kocha szczęśliwie. Ona uczy w szkole, Sowiet, jej mąż, imał się różnych prac, budował domy, handlował, jak wielu. Po likwidacji sowchozu większość Rosjan wyjechała. A z nimi cały sprzęt rolniczy. Sarana podsumowuje: – To, co Ruscy przywieźli, wywieźli z powrotem do domu.
Ziemię sprywatyzowano. Mieszkańcy dostali niecałe osiem arów na głowę. To mało, a warunki są trudne. Zimą klimat surowy, a latem upał, potrzebna jest irygacja, którą po upadku sowchozu nie miał kto zarządzać. W ogóle mało kto się wtedy rolnikiem przejmował. Zakładano, że chłop dalej będzie orał, siał i zbierał, brakowało jednak ziarna, nawozów, maszyn, paliwa. Brakowało też gotówki, żeby je kupić, a i z dostępnością bywało krucho.
Sarana i Sowiet mają półtora hektara, tyle odziedziczyli po krewnych. Da się na tym posadzić ziemniaki, posiać garstkę pszenicy. Jest krowa i piętnaście owiec. Mleko odnoszą do sklepu, który skupuje dla przetwórni. Nie biorą za to pieniędzy, tylko towar z półki. Barany sprzedają za gotówkę. Za jednego trzy tysiące somów, jakieś sto dwadzieścia pięć złotych, kropla w morzu potrzeb.
Sarana ma etat, pensja jest regularna, ale mizerna: dwanaście tysięcy somów, czyli pięćset złotych. Żyć za to się nie da. To problem wielu mieszkańców Kirgistanu, którzy zamiast pensji dostają od państwa kieszonkowe. Pół biedy, jeśli masz pole, sad albo ogród. Bez tego i bez dużej rodziny wyżyć trudno. I bez baranów. Przy każdym domu jest zagródka, w niej dwa–trzy barany. Cały dzień siedzą, jedzą i tłuścieją. W Kirgistanie hoduje się rasy kurdiuczne, od słowa „kurdiuk” oznaczającego zapasy tłuszczu przy ogonie, coś w stylu wielbłądziego garbu. Takie tłustodupe barany – kurdiuk potrafi ważyć pięć albo więcej kilo – są w cenie. Jak rodzina będzie mieć większy wydatek, barany pójdą pod nóż. Czekają cierpliwie, jakby ze współczuciem patrząc na finansowe zmagania właścicieli.
– Nikt by się nie brał do haszyszu, gdyby nie bieda – mówi Sarana i wspomina lata dziewięćdziesiąte. – Tu nic nie było. Ani chleba, ani ziarna na chleb. Jakoś musieliśmy żyć. – Dla rolników z bajkowego sowchozu było to brutalne przebudzenie do nowej rzeczywistości. Pozostawieni sami sobie runęli w czarną dziurę.
W tej dziurze to krzak marihuany dał im oparcie: złapali się go i po nim wyleźli na wierzch.
Sowiet, który imię dostał na cześć władzy ludowej, jest mężczyzną niewielu słów. Może dlatego, że nie wie, po jakiemu ma mówić. Rosyjski to jego pierwszy język, mimo że jest Kirgizem. Konopliewka (wieś tak naprawdę nazywa się inaczej) była w pełni zrusyfikowana. Kirgiskiego zaczął uczyć się dopiero w dorosłym życiu, dzięki żonie.
Siedzimy w letniej kuchni. Sarana kreśli prace domowe, Sowiet miesza ziemniaki na patelni. Smaży je pokrojone, z cienko pociętą dymką. Ziemniaki znad Issyk-kulu nie mają konkurencji, podobnie jak konopie. Sowiet ma praktykę w gotowaniu, za to haszysz zna tylko w teorii. Tak twierdzi, ale gotów się tą teorią podzielić. W lipcu i sierpniu idzie się w pola szukać konopi. Zrywa się górne liście i kwiatostany, trze się je w rękach, pod wpływem tarcia powstanie haszysz. Sowiet odkłada łyżkę i pociera ręce. To ręczna robota, po rosyjsku rucznik.
– W gorącą pogodę trzeba trzeć, inaczej się nie klei.
– A nie możesz pokazać w praktyce? – pytam.
Sowiet wygląda przez okno.
– No ale widzisz, że znowu pada.
Gotowy haszysz ląduje w pudełkach, takich po zapałkach. Sowiet ma całą kolekcję, leżą na półce w kuchni. Zagrzechocze jednym, żeby było jasne, że są w nim zapałki. Po co ci tyle zapałek? – pytam.
Mruga do mnie okiem:
– Umówmy się, że zbieram.
Takie pudełko – po rosyjsku koroboczka – to wygodna miara objętości haszyszu. Pudełko z wkładem waży około dwudziestu gramów. Aktualnej ceny Sowiet nie zna, powinien za nie dostać jakieś cztery tysiące somów, niecałe dwieście…
Read the full article at OKO.press →