Prawa autorskie: Fot. Klaudia Radecka / Agencja Wyborcza.pl Fot. Klaudia Radecka...
09 czerwca 2026
Spektakularna porażka Fideszu pokazuje, że polityka strachu ma swoje granice. Ale sukces Pétera Magyara rodzi ważniejsze pytanie: czy populistów można pokonać bez sięgania po część ich własnych narzędzi?
12 kwietnia 2026 roku partia Tisza pod przywództwem Pétera Magyara dokonała czegoś, co jeszcze niedawno wydawało się niemożliwe: pokonała Fidesz Viktora Orbána i zdobyła większość konstytucyjną w parlamencie. To zwycięstwo ma znaczenie nie tylko symboliczne. Daje nowemu rządowi możliwość zmiany instytucjonalnych fundamentów systemu budowanego przez Fidesz przez 16 lat – od ustaw wymagających większości kwalifikowanej, po samą konstytucję.
Kampania wyborcza Tiszy to obecnie najgorliwiej studiowana przez speców od marketingu politycznego kampania parlamentarna. Nie tylko w Europie, ale i w Stanach Zjednoczonych. Wielu – zwłaszcza europejskich i amerykańskich demokratów – patrzy w stronę Magyara i zastanawia się, w czym tkwi tajemnica sukcesu jego ugrupowania i czy może także im pozwolić znowu wygrywać wybory?
Czy to formuła na tyle uniwersalna, że coś z niej sprawdzi się także w innych krajach, w których demokraci zmagają się z rosnącym poparciem narodowych konserwatystów i skrajnie prawicowych populistów? Czy może to jednak coś, co sprawdziło jedynie w specyficznym węgierskim kontekście?
Działacze Tiszy są przekonani, że z prowadzonej przez nich kampanii płyną lekcje dla polityków w całej Europie.
– To, co wydarzyło się na Węgrzech, nie było po prostu udaną kampanią opozycji. Było budowaniem alternatywnej infrastruktury politycznej w warunkach skrajnie nierównej rywalizacji. Kluczowym pytaniem tej kampanii nie było to, jak przekrzyczeć partię rządzącą, lecz jak zbudować zaufanie wśród wyborców – mówiła o węgierskiej kampanii wyborczej podczas konferencji Globsec w Pradze Anita Orbán, wicepremierka oraz ministra spraw zagranicznych w rządzie Magyara.
Jej zdaniem doświadczenie Tiszy może być przydatne nie tylko dla kampanii opozycyjnych w reżimach niedemokratycznych – autorytarnych lub hybrydowych. Czyli tam, gdzie – tak jak na Węgrzech Orbána – opozycja zmaga się z rywalizacją w asymetrycznym systemie, bo władza dysponuje szeregiem przewag związanych z zawłaszczeniem instytucji, mediów, czy dysponowaniem znacznie większymi środkami finansowymi. Według niej,
kampania Magyara niesie ważne przesłanie wszędzie tam, gdzie ogromnym problemem polityki jest kryzys zaufania.
A z tym do czynienia mamy w całej Europie. Wydatnie przyczynia się do tego rosyjska wojna informacyjna.
Kampania wyszła z założenia, że w epoce postprawdy i załamania zaufania do mediów (na Węgrzech spowodowanego ich skrajnym upolitycznieniem oraz agresywną, antyopozycyjną propagandą rozpowszechnianą przez reżim Orbána), a także coraz większej świadomości ludzi dotyczącej dezinformacji i nieautentycznych działań w sieci, zaufania politycznego nie da się budować jedynie za pośrednictwem mediów. Trzeba je budować człowiek po człowieku, miejscowość po miejscowości, rozmowa po rozmowie.
– Kluczowa okazała się obecność. Fizyczna, konsekwentna, nieustanna obecność – relacjonowała Orbán podczas konferencji Globsec.
Według twórców kampanii jednym z jej najważniejszych wyróżników było natężenie działań w terenie. Bezpośrednie spotkania traktowane były jako początek relacji z wyborcą, która następnie jest podtrzymywana drogą elektroniczną. Skalę tych działań najlepiej pokazują liczby.
– W kraju jest dokładnie 3155 miejscowości, a my w ramach kampanii odbyliśmy co najmniej 10 tysięcy wyjazdów i działań terenowych. Oznacza to, że do każdej miejscowości dotarliśmy średnio co najmniej trzy razy – relacjonowała Orbán.
Kampania pod znamiennym tytułem „Głos narodu” nie trwała jednak tylko trzy miesiące przed wyborami. Rozpoczęła się praktycznie dwa lata wcześniej. Tuż po tym, jak Péter Magyar zrobił publiczną woltę przeciwko Fideszowi , co wywindowało go do pozycji najbardziej rozpoznawalnego buntownika systemu.
W ramach tournée po kraju Péter Magyar osobiście pojawił się w ponad 700 miejscowościach. Do niektórych wracał nawet siedem razy. W ostatnim miesiącu kampanii organizował po pięć spotkań dziennie. W ostatnich dwóch tygodniach kampanii po osiem–dziewięć.
– To była kampania oparta na fizycznej obecności, prowadzona „na piechotę”, w bezpośrednim kontakcie z ludźmi – podkreśla Anita Orbán.
Co bardzo istotne, kampania była szczególnie obecna w miejscach, w których do tej pory to Fidesz wygrywał wybory.
– Nasza kampania nie próbowała patrzeć na Węgry wyłącznie z perspektywy Budapesztu. Choć wcześniej wielokrotnie tak właśnie robiono. My pojechaliśmy bezpośrednio do miejsc, w których partia Orbána tradycyjnie cieszyła się największym poparciem: do małych wsi, niewielkich miasteczek, prowincjonalnych okręgów i społeczności, gdzie ludzie często mieli wrażenie, że politycy przypominają sobie o nich wyłącznie w czasie kampanii. Co ważne, nie pojawialiśmy się tam tylk…
Read the full article at OKO.press →