Prawa autorskie: Fot. Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl Fot. Jakub Włodek / ...
07 czerwca 2026
„Sam prosiłem o to, by politycy z Warszawy za bardzo nie ingerowali w temat referendum” – twierdzi Aleksander Miszalski. Odwołany przez Krakowian prezydent w rozmowie z OKO.press opowiada o błędach popełnionych podczas prezydentury, zatrudnianiu znajomych z partii, braku wsparcia z centrali w czasie akcji referendalnej oraz swojej przyszłości w polityce.
Angelika Pitoń: „Można mnie pokonać, ale nie można mnie zabić”.
Aleksander Miszalski: Powinienem był napisać „zniszczyć”. „Zabić” źle się kojarzy. Zbyt fizycznie, ostatecznie.
To pański wpis z piątkowego (28 maja) wieczora. Trzy dni później oficjalnie odwołano pana ze stanowiska szefa małopolskiej Koalicji Obywatelskiej. To była wiadomość do premiera? Sygnał, że nie ugnie się pan i nie zrezygnuje z posady w partii sam, po przegranym referendum i odwołaniu z urzędu prezydenta Krakowa?
Ależ skąd! To była wiadomość do organizatorów referendum, a właściwie do tych, którzy za tą akcją stali. Polityka ma to do siebie, że raz się wygrywa, a raz przegrywa. Przyznam, że w tym przypadku ta przegrana przyszła dość niespodziewanie, ale porażki są po to, by kształtować charakter. Tym wpisem chciałem podkreślić, że w bitwie owszem, można mnie pokonać. I ta przegrana oczywiście boli. Ale nie można zniszczyć mojego kręgosłupa moralnego, moich przekonań. Nie można zniszczyć mnie jako człowieka. I ja o swoje dobre imię będę walczył, tak w przyszłości, jak i teraz.
To znaczy?
W polityce popełnia się błędy. Ja parę błędów popełniłem, przede wszystkim politycznych. Ale nie mam się czego wstydzić. Jako prezydent Krakowa nie zrobiłem czegoś złego. I nie uważam, żeby kara, jaką wymierzyła mi część mieszkańców, była adekwatna.
A kara, jaką wymierzył premier i szef KO, pana zdaniem już taka była? To przekonywanie i namawianie pana, by sam zrezygnował z szefowania małopolskiej KO?
Nikt mnie do czegoś takiego nie przekonywał.
Nie było takich próśb albo sugestii z centrali?
Nie było takich próśb i sugestii. Rozmowę na temat mojej roli w strukturach Koalicji Obywatelskiej odbyłem w poniedziałek (1 czerwca) rano.
Kiedy odwołano pana z funkcji.
Tak. Zostałem przez sekretarza [partii – przyp.red.] Marcina Kierwińskiego uprzedzony o takiej decyzji. I o tym, że zarząd krajowy Koalicji Obywatelskiej uznał, że potrzebujemy w Małopolsce nowego impulsu, odświeżenia i przyjrzenia się wszystkiemu, co działo się w czasie akcji referendalnej. Przed nami ważny okres przygotowania się na nowe wybory – i zdaniem kierownictwa partii lepiej byłoby, żeby spojrzał na to ktoś z zewnątrz. Ja to szanuję i rozumiem.
Powtórzę: uważa pan, że to kara adekwatna?
To nie jest kara. To jest normalna reakcja polityczna. Jesteśmy jedną drużyną. I czasem jest tak, że ktoś, kto biegał w pierwszej połówce meczu, a może nawet przed 85 minut, zostaje zdjęty z boiska i skierowany na ławkę rezerwowych, żeby dać pobiegać innym. Byłem szefem małopolskiej Platformy przez osiem ostatnich lat. Do tej pory nikt w historii regionu nie kierował regionalnymi strukturami tak długo i nigdy nie zdarzyło się nawet, by koledzy i koleżanki z partii wybrali kogoś dwa razy na tę funkcję. A ja dostałem od nich mandat aż trzykrotnie. Schodzę więc z tego boiska, ale bynajmniej nie odchodzę z drużyny.
Czuł pan wsparcie tej drużyny w czasie akcji referendalnej?
Absolutnie tak. Pomagała cała struktura krakowska, odebrałem też wiele telefonów z Warszawy. Wiele osób pytało, jak mogą pomóc.
Pomóc? To nie była wspólna sprawa i wspólna walka?
To sprawa lokalna. Tu mieszkańcy Krakowa decydują. Nie chcieliśmy robić z tematu referendum sporu politycznego. Sam prosiłem o to, by politycy z Warszawy za bardzo nie ingerowali w ten temat. Nie chciałem polaryzacji i sprowadzenia tematu mojego odwołania do sporu politycznego.
Ale ten temat od początku był przecież upolityczniany. Wyraźnym tego przykładem jest pojawienie się w Krakowie Przemysława Czarnka, już pierwszego poranka po referendum.
Zgadzam się. Co więcej – jeśli porównamy frekwencję z referendum z mapą wyborczą poparcia Karola Nawrockiego w drugiej turze wyborów prezydenckich, to liczby te pokrywają się niemal idealnie. 175 tysięcy osób mnie odwołało, 185 tysięcy głosowało na Karola Nawrockiego w drugiej turze. To efekt społecznej polaryzacji, ale i bardzo zaawansowanej i bardzo kosztownej kampanii marketingowej inicjatorów referendów. Z szacunków, które widziałem, wynika, że mogła ona pochłonąć od siedmiu do nawet dziesięciu milionów złotych.
10 milionów?! Jak to państwo wyliczyli?
To szeroko zakrojona i wykraczająca poza granice miasta akcja billboardowa. To rozsyłane do mieszkańców gazetki – naliczyliśmy nawet pięć różnych tytułów. To opłacani “wolontariusze”, zarabiający nawet 500 złotych dziennie za zbieranie podpisów czy nakłanianie do udziału w referendum. A było ich ponoć prawie trzystu. To dowożenie do lokali wyborczych. Pamiętajmy, że akcja referendalna to nie ostatni miesiąc, ale rok- półtora s…
Read the full article at OKO.press →